Ochryda w Macedonii - pierwsze spotkanie z Bałkanami

       Małe schodki w naszym jesiennym tripie zaczęły się już od przylotu na lotnisko imienia Aleksandra Wielkiego, nieopodal Skopje. Miał tam na nas czekać właściciel mieszkania w Skopje, który zobowiązał się nas odebrać. Po piętnastu minutach przebierania nóżkami w tą i w tamtą stronę postanowiłem do niego zadzwonić. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak:
Ja: Jestem ten i ten i czekam na Pana lotnisku. Gdzie Pan jest?
Właściciel mieszkania: Jestem w domu. Nie potwierdził Pan chęci skorzystania z transportu.
Ja: No jak nie jak potwierdziłem! Mniejsza o to. Weźmiemy taxi i dojedziemy sami.
WTF!? Umawiasz się z kimś, potwierdzasz, a on odwraca kota ogonem. Wiedziałem, że taxi kosztuje tyle samo (20Euro) co uzgodniona z nim kwota, więc wielkich problemów nie robiłem. Można było pojechać taniej ale zważywszy, że wybijała prawie północ nie widziało mi się już czekać ponad godzinę na autobus. Po godzinie kładliśmy się wygodnie w łóżeczkach.
       Prognozy pogody, które sprawdzałem przed wyjazdem nie były dla nas najpomyślniejsze. Miałem nadzieję, że się nie sprawdzą, jak to już miało nieraz miejsce w związku z niejednym moim wyjazdem - oczywiście na moją korzyść. Niestety tym razem było inaczej. Nie zdążyłem jeszcze oczu dobrze otworzyć, przeciągając się w wielkim łóżku, a już słyszałem krople deszczu obijające się o parapet.  "To tylko przelotny" - pomyślałem. Pudło. Lało do następnego dnia. 
       Celem na ten dzień było dotarcie do miejscowości Ohrid położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Na początku wspomniałem o schodkach. No właśnie. Schodkiem numer trzy (po problemach z noclegiem i pogodą) okazał się bus, którym mieliśmy odbyć około trzygodzinną podróż nad jezioro. O takich rzeczach jak szalona jazda kierowcy, charakteryzująca się przykładowo wyprzedzaniem na zakręcie - czego doświadczyłem już w Maroku czy Gruzji - chyba bym nawet nie wspomniał, gdyby nie oczy wielkości pięciozłotówki u moich znajomych z wrażenia (czyt. przerażenia) na poczynania naszego kierowcy. Mankamenty tej jazdy były dla mnie jednak inne. Otóż. Rozsiadłem się wygodnie. Wyciągnąłem nóżki i jedziemy. Nie mija kilometr a mi na twarz spada kropla. Co jest do cholery?! Opluł mnie ktoś? Nie opluł. Sufit nade mną okazał się nieszczelny. Dobrze, że były jeszcze wolne miejsca i mogłem się przesiąść. To nie był jednak koniec wrażeń z jazdy. Na jednym z ostrych zakrętów moje siedzenie - to pojedyncze w rzędzie pojedynczych siedzeń - odchyliło się do środka busa! I to w taki sposób, że przy ścianie busa, pod sobą widziałem światło pod busem! :) Nie no bez jaj! Podróżujący z nami Macedończycy uspakajali nas, że nie są to normalne warunki panujące w tym kraju. Obawiali się o naszą opinię o ich kraju. Na szczęście dojechaliśmy cali. Właśnie takimi schodkami różnią się podróże "zorganizowane" samemu od tych z biurem podróży. Tu nie masz podstawionego korytka pod nos. Nikt cię nie wsadzi i nie wysadzi z autobusu i nie poprowadzi za rączkę. Coś ci nie idzie to radź sobie człowieku sam. I to lubię :) Te właśnie małe i duże schodki to bezcenne doświadczenie, które zdobywamy. A dlaczego zaliczyłem do schodków deszcz? Ja jako osoba w miarę poukładana, na podróże często mam określony plan. Kiepska pogoda psuje ten plan więc zmusza do zmian. Uczy elastyczności :) A dlaczego napisałem zdrobniale schodki? Wszak żadna z tych sytuacji nie była prawdziwie problematyczna. Chciałem tylko zobrazować mój punkt widzenia:) Dość farmazonów. Wracamy do relacji :)

Na nocleg wybrałem obiekt Chardak Apartments. Był to jak się okazało strzał w dziesiątkę. Świetna lokalizacja. Dom położony na wzgórzu, w starej części miasta. Taras zapewnia świetne widoki. Gospodarzami było przesympatyczne macedońskie małżeństwo, dodatkowo mówiące bardzo dobrze po polsku. Na dzień dobry ugościli nas miło, rozgrzewającym trunkiem Rakija - taki nasz bimberek. Po krótkiej pogawędce, pomimo niesprzyjającej pogody ruszyliśmy na rekonesans. 

 

      W drodze powrotnej deszcz postanowił o sobie znowu solidnie przypomnieć. Na kolację poprosiliśmy Trajankę (gospodynię domu) o przygotowanie dla nas czegoś tradycyjnego. Wszak kulinarne poznawanie odwiedzanego kraju to nieodłączny element każdej podróży. Podano nam przepyszną potrawę z duszonych warzyw - ponoć 13 różnych! - z trzema rodzajami mięsa. Do tego sałatka szopska (ogórki, papryka, pomidory i słony ser owczy). Wszystko przepite czerwonym winem własnej produkcji właścicieli. Możecie sobie wyobrazić nasz wyraz twarzy. Buzia sama się cieszy. 
Zmoknięci ale najedzeni i szczęśliwi. Ostatnie spojrzenie na nocne, skąpane w deszczu miasteczko i zmęczeni padamy spać.
       Kolejnego poranka moje oczy dostrzegają promyki słońca przebijające się przez zasłonki. O tak! Jest pięknie. Żołnierska pobudka. Szkoda tracić czasu. Z wybrania się w góry, które miałem w planach musieliśmy jednak zrezygnować. Prognozy w dalszym ciągu nie zachęcały, a my nie byliśmy przygotowani na ewentualne, trudniejsze warunki w górach. Na pierwszy strzał wybraliśmy więc miejsce chyba najbardziej rozpoznawalne nie tylko nad jeziorem Ohrid ale i prawdopodobnie w całej Macedonii. Widnieje na początku tego posta. To cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo. Sama w sobie może nie jest jakaś niesamowita. Ten status zapewnia jej to jednak otoczenie, w jakim ją zbudowano. Zanim jednak tam dotarliśmy mieliśmy okazję podziwiać cerkiew Plaoshnik, wokół której niestety trwają prace odbierające jej nieco uroku. 
Nieskazitelnie czysta woda jednego z trzech najstarszych jezior na świecie (po Bajkale i jeszcze jakimś tam), sięgającego trzystu metrów w głąb, przyciąga w sezonie mnóstwo turystów. Spacerując po brzegu wstąpiliśmy do jednej z knajpek skosztować lokalnego piwa. Niestety nas nie porwało.
  
  


Chcieliśmy zobaczyć Ohrid również od strony jeziora. Skusiliśmy się więc na mały rejs kilkuosobową łajbą. To świetna okazja do podziwiania fauny i flory. Woda była na tyle ciepła, że gdyby nie niezachęcająca temperatura powietrza wskoczyłbym bez wahania. 


 
 
 

Deszczowe chmury nadciągnęły ponownie. W czasie  największej zlewy schroniliśmy się w czymś na wzór budki dla ratowników. Gdy największy deszcz ustał ruszyliśmy zobaczyć ruiny zamku znajdujące się niemal przy naszym miejscu noclegu.
  
 Nasz smutek z powodu ostatniej nocy w tak pięknym miejscu utopiliśmy wieczorem w butelce wina, żegnając się serdecznie z Trajanką i jej mężem.


Następny dzień to nowa przygoda. Nasza to powrót do stolicy. Skopje i okolice czekają na nas. Ale to już w następnej części.

Praktyczne informacje i koszty:
Lot Bruksela-Skopje 42 zł
Nocleg w Skopje - 20 Euro/3 osoby
2 noclegi w Ochrydzie - 40 Euro/3 osoby
Bilet Skopje-Ochryda  -  450 denarów/os - 32 zł
Bilet Ochryda-Skopje - 450 denarów - 32 zł  Opłaca się kupić od razu bilet w dwie strony. Wyjdzie taniej (730 den)
Kurs łódeczką - 10 Euro/3 os
Wejście na zamek - 30 den/os (2,15 zł)

Stolica Belgii szybkim krokiem

 Czy siedem godzin wystarczy na poznanie zamieszkałej przez Flamandów i Walonów stolicy Belgii? Już samo postawienie takiego pytanie raczej jest nie na miejscu. Właściwszym będzie  - jak zagospodarować te 7 godzin? Ile osób, tyle zapewne odpowiedzi na to pytanie. 
 Ten wyjazd to jesienny, tygodniowy Eurotrip, na który wybrała się ze mną dwójka znajomych. 

Upliscyche, Okatse i Kinchkha - czyli skalne miasto, wąwozy i wodospady.


Z dworca Didube ruszyliśmy do miejscowości Gori, które było przystankiem na trasie do skalnego miasta Upliscyche. W tym oto Gori narodziła się i mieszkała jedna ze znanych chyba każdemu postaci, mających olbrzymi wkład w historię. Niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. Józef Stalin. Mniej więcej w środku niewielkiej miejscowości znajduje się jego dom wraz z muzeum. Do środka jednak nie zajrzeliśmy. Powody tego były jednak zasadniczo odmienne od tych co zwykle. Tym razem po prostu stwierdziłem, że ktoś kto wyrządził tyle zła nie wart jest mojej większej uwagi, a kupno biletu wejściowego stanowiłoby tylko dołożenie cegłówki pod jego pomnik. Jakoś nie mogłem się na to wewnętrznie zgodzić. Samo obcowanie w tym miejscu pokazuje, że pamięć o nim nie zginęła i długo jeszcze nie zginie. Choć z drugiej strony dziwić się temu nie można. W wielu miejscach Gruzji pozostało wiele opuszczony fabryk popadłych w ruinę, mających czasy swej "świetności" właśnie za czasów pana na zdjęciu poniżej.

Tbilisi - krótka wizyta w stolicy Gruzji

Godzina 13 z minutami wita nas Tbilisi - urokliwie położona stolica Gruzji. Chłodne dni minęły, czas zdjąć ciepłe bluzy i przywitać się ze słonkiem.To już nie to samo puste Tbilisi, które przywitało nas wczorajszym wczesnym rankiem. Gwar, huk, krzyki, klaksony. Szybko przypomniało nam się z jakich powodów nie przepadamy za miastami. Nie będę jednak zrzędził. Nie było tak źle. Z dworca Didube musimy dotrzeć metrem do stacji Plac Wolności. Za 2 lari (jeśli dobrze pamiętam) kupujemy kartę magnetyczną. Wystarczy jedna na kilka osób. Możemy doładować ją kwotą wedle uznania. Nam wystarczyło 4 lari. Kartę można zwrócić i odzyskać wkład pod warunkiem, iż posiadamy dowód zakupu. Ja niestety takowy zgubiłem:) Strata jednak niewielka.

Cminda Sameba i jego wysokość Kazbek

Niemal każdy kraj ma takie miejsce, z którym go kojarzymy. Francja - wieża Eiffla. Egipt - piramidy. A co ma Gruzja? Stepancminda i klasztor Cminda Sameba (Świętej Trójcy). 

Zacznijmy od początku. Nocny pociąg z Zugdidi zatrzymuje się również na dworcu Didube w Tbilisi, co jest nam na rękę. Szósta trzydzieści rano. Pustka. Chcemy jechać do miejscowości Kazbegi, od 2006 r. noszącej nazwę Stepancminda. Pierwsza marszrutka rusza dopiero za kilka godzin. Kolejny raz podczas gruzińskiej podróży wybieramy taksówkę. Jest nas czworo. Składka po 20 lari od osoby. Po drodze kierowca zobowiązał się do zatrzymania w kilku ciekawych miejscach. Niestety pogoda w dalszym ciągu nie daje szans na piękne widoki. Pierwszym przystankiem była twierdza Ananuri pochodząca z przełomu XVI i XVII wieku.