
Berberowie. Lud określający się jako Imazighen - wolni ludzie - wzbudził moje większe niż zazwyczaj zainteresowanie. Zachowali swoją kulturę i odmienność, nie poddając się globalizacji. Mimo nacisków kultury arabskiej, poza religią, którą przejęli - choć w mniej radykalnym wydaniu - nie dali się stłamsić. Wyjęci spod prawa ludzie pustyni i gór.
Zacznijmy jednak od początku. Podczas pobytu w Maroku chciałem koniecznie wybrać się na osławione piaski pustyni Erg Chebbi - bram Sahary. Opcji dotarcia tam oraz odwiedzenia kilku innych, równie pięknych miejsc na trasie rozważałem kilka. Wynajem samochodu to raz. Komunikacją publiczną to dwa. Wykupienie wycieczki u miejscowych to trzy. Mimo, iż forma zorganizowanego wyjazdu ma jak wiadomo swoje plusy i minusy, zdecydowaliśmy właśnie na nią. Wpłynęła na to w dużej mierze cena, którą wynegocjowaliśmy. Okazało się, że samodzielna organizacja takiego wyjazdu, uwzględniając wszystkie koszta, wyjdzie porównywalnie. Daliśmy się więc poprowadzić za rączkę. Biur podróży oferujących takie wyjazdy w Marrakeszu znajdziecie naprawdę sporo.
W godzinach porannych z hostelu zabrał nas kierowca. Po godzinie drogi pierwszy zgrzyt. Jedziemy na około. Wiedziałem jeszcze przed wyjazdem, że górska droga Tizi-n-Tichka - stanowiąca najkrótszą drogę na wschód - może być nie przejezdna, z uwagi na ostatnie, silne opady deszczu. Byłem więc nie tyle zaskoczony co rozczarowany. Dzień wcześniej zapewniono nas, że ta droga będzie jutro otwarta. Niestety. Plus z tego jest taki, że w ogóle jedziemy. Sam samochodem bym się w drogę na około nie wybrał. Zbyt meczące i niepotrzebne. W drodze zatrzymaliśmy się w miejscowości, której nazwy nawet nie pamiętam. Pierwsze wrażenie -
nic pośrodku niczego. Można jednak poobserwować biegnące - tutaj to
wręcz oksymoron - życie. Na pozór czas zmarnowany. Tylko na pozór. Ten czas pozwolił bliżej przyjrzeć się mieszkańcom. Bieda - jak w w wielu krajach.
Brak pomysłu na zajęcie czasu. Wiele osób siedzących na ulicy i
oczekujących tak naprawdę na nie wiadomo co.


Berberowie są ludźmi innymi niż Arabowie. Mimo, iż utrzymują większy dystans do innych niż Arabowie to są bardziej pozytywnie nastawienie do napotkanych ludzi. Zwłaszcza tych, którzy chcą poznać ich kulturę. Nie było aż takiego problemu ze zrobieniem im zdjęcia. Brak nachalności z
ich strony to miłe zaskoczenie w porównaniu z arabskimi mieszkańcami Marrakeszu. W tych berberyjskich osadach czas biegnie inaczej. Gdzieniegdzie jakby się zatrzymał. Odniosłem wrażenie, że bez odwiedzających - choć właściwiej rzec przejeżdżających - te miejscowości turystów, nie działoby się tam praktycznie nic.
Drugie odczucie to niezrozumienie. Miejsce niepodważalnie pięknie ale zarazem surowe. Dlaczego nie znajdą innego miejsca gdzie jest łatwiej?

W drodze na pustynię zahaczyliśmy - niestety tylko - również o drugi ze znanych wąwozów. Wąwóz Todra. Krótki - zaczęło drażnić mnie to słowo - spacer i ruszamy dalej. Podziwianie gór Atlasu, nawet z okna pędzącego busa nie pozwalało mi zasnąć. Takie widoki kocham.
Kolejnym punktem na trasie było zwiedzanie kasb Tinghiru z przewodnikiem. Warto było się wsłuchać w jego opowieści. Przekazał nam wiele ciekawych informacji. Lekcja historii i architektury. Berberowie mieszkają w domach zbudowanych z tego co znajdą w pobliżu. Skały i piaskowiec. Dachy tych zabudowań są płaskie. Dlaczego? W cieplejszych miesiącach stanowią sypialnię z gwieździstym dachem - to musi być piękne :) Mało który lud ma tak bliskie relacje ze zwierzętami. Na chłodniejsze miesiące pasterze wracają z gór ze swym stadem. W glinianych domkach mieszka cała rodzina i zwierzęta. Mało tego. Nawet z nimi śpią. System grzewczy najwyższej klasy.
Spacer zwieńczyła wizyta w kasbie jednego z mieszkańców, zajmujących się wraz z rodziną wyrobem dywanów. Po małym poczęstunku herbatką, okraszonym opowieścią o produkcji dywanów, przyszedł czas na przedstawienie oferty ich sprzedaży - cóż za zaskoczenie. Na nikim z wycieczki (a było nas 15 osób) niestety nie zarobili.
Wiem, że będę chciał w te miejsca wrócić. Już nie na zorganizowanej przez biuro wycieczce. Bo jakkolwiek zyskuje się pewien komfort to traci się jak dla mnie za dużo. Wyglądałoby to z pewnością zupełnie inaczej, gdyby nie fakt zamknięcia drogi Tizi-n-Tichka. Byłoby więcej czasu na podziwianie tych wszystkich pięknych miejsc. Taki niestety urok podróży w grudniu.
Trzeba zaplanować trekking wąwozami Dades i Todra oraz wejście na najwyższy szczyt Afryki północnej - Jebel Toubkal:) Już to widzę przed oczami :)
Trzeba zaplanować trekking wąwozami Dades i Todra oraz wejście na najwyższy szczyt Afryki północnej - Jebel Toubkal:) Już to widzę przed oczami :)
Niebawem ostatnia część relacji. Brama Sahary.
0 komentarze:
Prześlij komentarz
Zachęcam do komentowania:)