W mieście interesów - czyli co kupisz za 10 dirhamów - Marrakesz

My: Ile za te spodnie?
Sprzedawca: 150 dirhamów.
My: Proszę Pana ja nie zarabiam w Euro ani w Dolarach. Mogę dać 50.
Sprzedawca: A widzi Pan. Dla Amerykanów cena to 300. Wam mogę zaoferować za 120.
My: Nie, to zdecydowanie za dużo jak dla nas. Mogę dać 60
Sprzedawca: 100
My: Za dużo. Idziemy
Sprzedawca: Jaka jest wasza ostateczna cena?
My: 70
Sprzedawca: 80
Idziemy. Za drogo. Sprzedawca po chwili goni za nami i przystaje na naszą cenę. Takie rzeczy tylko w krajach arabskich :) Zanim poczułem jednak ten klimat i kulturę trochę minęło. Chociaż słowo "poczułem" to raczej za dużo powiedziane. Powiedzmy, oswoiłem się z tym. Drugiego i trzeciego dnia w Marrakeszu już nawet mnie to bawiło. Targowanie się to tradycja. Rzecz niemal święta. Nie chcąc nikogo obrazić - jakkolwiek to dziwnie brzmi - powinieneś się targować. Świątynia kiczu i tandety - takie było moje wrażenie po pierwszym dniu wędrowania przez souki Marrakeszu. Pogląd mi się z biegiem czasu jednak zmienił.

Jest jakiś rabat na Rabat? - w stolicy Maroka

      Lotnisko Rabat-Sale. Kontrola Paszportowa. Asia i Krzysiek przechodzą bez problemu. Moja kolej. Strażnik sprawdza wypełnioną kartkę i pyta:
Strażnik:  Czy tylko w celach turystycznych pan przyjeżdża?
Kwiat:  Tak. To zaznaczyłem.
Strażnik: A na pewno nie zamierza Pan u nas pracować?
Kwiat: Nie. Tylko turystyka.
Strażnik: Hmmm. Dobrze. Może Pan iść.
"A co ja mógłbym u was robić jak nie zwiedzać?" - pomyślałem.  

     Naszą przygodę zaczynamy od stolicy - Rabatu, położonego w północno-zachodniej części kraju. Mała mrzaweczka na powitanie. Nasz gospodarz (imieniem Belaid), który odebrał nas z lotniska, zapewniał, iż jutro ma się poprawić. Nie kłamał.
Samo lotnisko położone jest w miejscowości Sale sąsiadującej z Rabatem. Tu też mieliśmy nocleg. W jego cenie (nie najtańszego, jak na Maroko, ale co stolica to stolica) mieliśmy odbiór z lotniska oraz śniadanie. 
Smakowanie - dosłownie - czas zacząć. Na kolację zamówiliśmy Tajine - tradycyjną potrawę przyrządzaną w kilku wersjach: wegetariańska, z kurczakiem, z wołowiną czy też rybna. Podawana jest w stożkowatym, glinianym naczyniu o tej samej nazwie.



    Rano Belaid podrzucił nas kilka kilometrów bliżej Rabatu, skąd za 6 DH (2,28 zł) złapaliśmy tramwaj do centrum. Kasowniki nie były sprawne, więc ktoś na wzór naszego kanara zaznaczył nam na biletach jakiś ichni bohomaz - skasowane.


   Nasz spacer przez miasto rozpoczynamy od położonej na wzgórzu kasbhy Udaya. Niegdyś fortyfikacja obronna zamieszkiwana przez piratów, dziś stanowi magnes na turystów.

Krótka bajka o tym jak wygląda troll i jak długi ma język - Norwegia 2014

        Zastanawialiście się kiedyś jak wyglądają trolle i jak długie są ich języki? Ja już wiem :) chcesz i Ty? Zapraszam do przeczytania relacji z krainy trolli. Zdjęcia polecam oglądać w pełnym rozmiarze po kliknięciu w nie.

Jak przeżyć fantastyczną przygodę za mniej niż trzysta złotych? Oto moja recepta.
     Wybraliśmy się we trójkę. Ja, moja żona Asia i kolega Krzysiek. Po niespełna dwugodzinnym locie z Warszawy około 8 rano kołujemy na lotnisku Oslo Torp. Pierwszym elementem naszej 5-dniowej podróży była przejażdżka pociągiem. W Europie jest kilka tras kolejowych zapewniających niezapomniane wrażenia. Ta którą obraliśmy my pretenduje do miana najlepszej. Tak przynajmniej twierdzi Lonely Planet http://www.lonelyplanet.com/norway/travel-tips-and-articles/76243).
 Trasa Torp-Bergen z przesiadką w miejscowości Drammen. Bilety zakupione z wyprzedzeniem w kolejach nsb.no, w opcji miniprise kosztowały nas 120 zł za osobę.  20-minutowy spacerek z lotniska i jesteśmy na stacji kolejowej Torp. Mamy ponad dwie i pół godziny do naszego pociągu. Chcieliśmy załapać się na jeden z wcześniejszych na tej samej trasie ale konduktor wyjaśnił mi, że bilety zakupione w opcji miniprise do tego niestety nie uprawniają. Tak więc czekamy.
Bardzo cichym i komfortowym pociągiem po godzince jazdy dotarliśmy do miasteczka Drammen, gdzie mieliśmy prawie 4 godzinną przerwę w oczekiwaniu na pociąg do Bergen. Czas wykorzystaliśmy na zwiedzenie okolicy. Miasto nieduże ale ładne - zresztą jak cała Norwegia w moich oczach.

Honeymoon - czyli Londyn - Lizbona - Madera - Londyn



        „Podróż poślubna z noclegiem na lotnisku? - nie no chyba sobie jaja robisz” rzekł mi jeden kolega. A no tak się zaczyna moja/nasza wersja przygody. Spokojnie. Tylko jeden nocleg na lotnisku. Reszta zaplanowana w sposób bardziej cywilizowany.
Do Londynu (na lotnisko Stansted) przylecieliśmy wieczorem. Musieliśmy dostać się na poranny lot do Lizbony z lotniska Gatwick. Z uwagi na to, iż mało by było czasu na sen w ewentualnym hostelu odpuściłem nocleg w hostelu lub czymś podobnym. Nocny spacerek? Czemu nie :) Do przejścia jakieś 6km - z Baker Street w okolice Earl's Court, skąd dostaliśmy się easybusem na lotnisko Gatwick. Dlaczego nie metrem spytacie? Po pierwsze taniej, a po drugie bezdeszczowa pogoda. Głupotą było więc nie skorzystać z okazji by zobaczyć choć trochę stolicy nocą.
Z miejsc, które kojarzę ze spaceru to Harrods - wiecie taki mały shopping sobie zrobiliśmy:)
Mimo, że nigdy nie byłem przekonany do tego miasta (w sumie sam nie wiem dlaczego), to pierwsze wrażenia (nocą) były bardzo pozytywne. Na podwieczorek lub raczej kolacje zahaczyliśmy do McDonalda. I tu muszę stwierdzić rzecz dziwną - późnym wieczorem mało było otwartych lokali gastronomicznych (przynajmniej w tej części Londynu) ale za to z ubraniami większość. No tak. Jak już umierać z głodu to przynajmniej ładnie ubranym:)

Norwegia - jak to jest z tymi fiordami? - Akt pierwszy

Trudno z perspektywy czasu napisać coś konstruktywnego. Krótkie wspomnienie mojej pierwszej przygody w tym kraju. 
Późnym wieczorem wylądowaliśmy z kolegą w Stavanger. Po chwili zastanowienia co do miejsca noclegowego wybór pada na brzeg morza tuż za lotniskiem. Namiot rozstawiony - nie bez problemu - pomiędzy wydmami gwarantował może nie najcieplejszy nocleg ale za to widoki na zachodzące słońce jak w pięciogwiazdkowym hotelu :)